Adam Sandler

Adrenalina na weekend: “Nieoszlifowane diamenty”

Mam problem z tym filmem: jest uciążliwie męczący. Po 20 minutach ma się dosyć oglądania, ale… wyłączyć go trudno. Co jest takiego w „Nieoszlifowanych diamentach”, że film wciąga, choć mocno boli?

Zaczyna się od kakofonii słów/dźwięków i… nie przestajemy być przez nią bombardowani aż do końca projekcji. Trzeba to przetrzymać, proszę Widza, trzeba wejść w ten klimat i pomyśleć – kurczę, może tak właśnie jest? Może tak właśnie żyjemy, nie zauważając tego? „Nieoszlifowane diamenty” porażają dialogami i zdarzeniami, które wchodzą jedne na drugie, nakładają się, męczą.

Bracia Safdie – nieoszlifowane diamenty

Głównym bohaterem dzieła braci Benny’ego i Josha Safdie jest Howard, grany przez Adama Sandlera. To żydowski jubiler, hazardzista, gra wszystkim, z wszystkimi i o wszystko. Co zarobi, oddaje jako spłatę długów. I jednocześnie zaciąga nowe, pchając się w każdy, najbardziej ryzykowny rodzaj hazardu.

Jego sklep – ale to słowo muszę wziąć w duży cudzysłów – odwiedzają przedziwne typy. Cwaniacy tacy jak on, gangsterzy, sportowcy, hazardziści, wierzyciele, dłużnicy, seksowne dziewczyny i typy spod ciemnej gwiazdy. Howard miota się między nimi, nafaszerowany materialnym bogactwem i wewnętrznie pusty.

Ma rodzinę, ale nie używa jej do żadnych celów, choć stara się być przy zasypianiu dziecka. Ale jeśli mu towarzyszy, to tylko po to, by na komórce oglądać mecz koszykówki – przecież obstawił wynik! I idzie mu dobrze. Ale w drugiej minucie idzie mu źle, a w kolejnych – fatalnie lub jeszcze gorzej. Wpada w spiralę hazardu i męczarni, choć może lepiej byłoby napisać: żyje w nieustannym korkociągu.

Film skonstruowano w taki sposób, byśmy towarzyszyli niemal każdej chwili w epizodzie z życia naszego bohatera, będąc razem z nim w samym centrum hazardowego tygla. Czujemy lęk, gdy Howard ucieka. Czujemy ból, gdy go biją. Nie wszystko rozumiemy, nie każdy ruch głównego bohatera wydaje nam się zasadny, ale – on już tak ma. Wszystko go nęci i odpycha zarazem.

„Nieoszlifowane diamenty” to przypowieść z morałem. Męcząca poprzez sposób narracji. I fascynująca zarazem, bo pozwala nam wchodzić w psychikę bohatera, łowić jego motywacje. Wiemy, że nadchodzi katastrofa, czujemy, że tu nic nie może się dobrze skończyć, ale przecież nic w tym filmie od pierwszej minuty nie jest pewne. A raczej – wszystko jest niepewne, mobilne, rozedrgane. I wkurzające.

Adam Sandler w roli Howarda jest w tym filmie doskonały. Menda z niego i łajza. Jest fatalnym ojcem i mężem, ma na stałe kochankę, której nie waha się przyłożyć. Jest sfrustrowanym gadem, krzykaczem, pieniaczem i cwaniakiem z emocjami na poziomie zera. Jego celem, światem, Bogiem są pieniądze. Hazard to jedyna ścieżka życia Howarda.

Nieoszlifowane diamenty

A jednak dzięki Sandlerowi zaczynamy go lubić. Kibicujemy mu i współczujemy, bo ile można przyjąć na siebie porażek w krótkim czasie? Jak długo można obrywać od losu? Sandler gra Howarda-dupka i Howarda-psychola jednocześnie. Rozbraja nas i denerwuje. Fascynuje. Nie towarzyszą mu wielkie gwiazdy kina, ale są za to Kevin Garnett – jedna z gwiazd NBA, a w epizodzie The Weeknd, kanadyjski wokalista, syn emigrantów z Etiopii, gwiazda muzyki pop.

Oni są jednak tłem dla aktorskich popisów Sandlera. Trzyma to dzieło! Napakowany adrenaliną film wciąga i denerwuje – moich domowników wygnało sprzed ekranu po kwadransie, ja dociągnąłem do końca i… Polecam! Ten film zapada w pamięć, budzi emocje, jest odświeżający przez swoją brutalną kakofonię, przez zgrzytanie słów i obrazów, przez te męczarnie. Ale czegóż nie robi się dla kina? I dla emocji?

„Nieoszlifowane diamenty”: dobry film dostępny na platformie Netflix.

Jacek Prześluga

Foto: materiały prasowe

Podziel się:
Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.